HANNA HONISZ: Opolski Gość Niedzielny jest jednym z pierwszych edycji lokalnych najpopularniejszego tygodnika opinii w Polsce. Jakie były jego początki?

RED. ANDRZEJ KERNER: – W metropolii górnośląskiej, po edycji katowickiej, która ukazała się w lutym 1992 roku, jako następna, w marcu, pojawiła się opolska i niedługo potem, w maju, gliwicka. Równolegle do opolskiej, wystartowała edycja bielsko-żywiecka. Nie byłem od samego początku w opolskiej redakcji, bo rozpocząłem pracę w Gościu Niedzielnym w styczniu 1995 roku, ale już w 1982 roku, ówczesny profesor seminarium – ks. dr Jan Kopiec dostał zlecenie od biskupa Alfonsa Nossola, aby czuwać, gromadzić i przesyłać do katowickiej redakcji materiały związane z diecezją opolską. Po 1989 roku, kiedy nastała wolność prasy i rysowała się nowa mapa administracyjna Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce, ks. Stanisław Tkocz – poprzedni redaktor naczelny Gościa – postanowił zrealizować ideę lokalnych edycji tygodnika. Bp Nossol przystał na tę propozycję i podpisano stosowną umowę między diecezją opolską a Gościem Niedzielnym. 22 marca 1992 roku ukazało się historyczne pierwsze wydanie opolskiego Gościa, którego redaktorką była śp. Teresa Sienkiewicz-Miś.

Jaką była osobą pierwsza redaktorka opolskiego Gościa Niedzielnego?

– Z Teresą byliśmy bardzo zżyci, a z jej rodziną nadal utrzymuję bliskie relacje. To była nie tylko znakomita redaktorka, ale też bardzo zdolna polonistka, mająca w czasie studiów kontakty w kręgu Stanisława Barańczaka czy Jana Józefa Lipskiego (późniejszych twórców Komitetu Obrony Robotników), z którymi bywała na obozach polonistycznych. Władała wspaniałym językiem, miała przepiękną osobowość, a także była uroczą kobietą, czego nie omieszkali podkreślać niektórzy duchowni diecezji opolskiej i archidiecezji katowickiej (śmiech). Przez pierwsze trzy lata opolska redakcja Gościa miała siedzibę w mieszkaniu Teresy, na ósmym piętrze w bloku na ul. Rybackiej w Opolu. Posiedzenia redakcyjne odbywały się także w mieszkaniu ks. dr. Jana Kopca, który został asystentem kościelnym i jednocześnie pisał teksty oraz wyznaczał kierunek opolskiej edycji. Kiedy ks. Kopiec został nominowany na biskupa pomocniczego w Opolu, z żalem zrezygnował z tej współpracy. Bez dwóch zdań byli prekursorami, którzy w pionierskich warunkach wykuwali linię opolskiego Gościa Niedzielnego.

O czym były pierwsze teksty na łamach opolskiej edycji Gościa?

– Na początku była to tylko jedna strona z ważnymi komunikatami, sylwetkami świętych lokalnego Kościoła, przypominaniem jego historii oraz relacje z parafii. Z czasem opolski Gość urósł do czterech, a potem do ośmiu stron. Tematy Teresa czerpała ze spotkań z księżmi, które odbywały się w jej mieszkaniu oraz w parafiach. Niektóre relacje przeradzały się w zażyłe i owocowały jej zaangażowaniem się w prace Diecezjalnej Fundacji Ochrony Życia czy ośrodka adopcyjnego. Na początku lat 90. XX wieku wolne media dopiero się rozwijały, a ludzie nie byli zbyt otwarci na uzewnętrznianie swoich przemyśleń czy nastrojów, jak to ma miejsce obecnie chociażby w mediach społecznościowych. Panowała raczej obawa przed mediami, także katolickimi, zarówno ze strony księży proboszczów, jak i świeckich osób. Nie była to niechęć co do osoby redaktorki Gościa Niedzielnego czy samej gazety, ale mimo wszystko wielu księży wolało się nie wypowiadać i zachować ostrożność.
W czasach, gdy Internet nie był tak powszechny, informacje pozyskiwało się głównie pielęgnując kontakty personalne, telefonicznie lub podczas spotkań osobistych. Zdarzały się oczywiście pomyłki czy zabawne sytuacje, jak np. nieumyślne uśmiercenie w tekście jakiegoś księdza. Po czym, z niemałym zdziwieniem, Teresa odebrała telefon od tego właśnie rzekomo świętej pamięci księdza, który poinformował, że wciąż żyje.

Jaka jest misja i priorytety opolskiego Gościa Niedzielnego?

– Naczelnym zadaniem jest informowanie o najważniejszych wydarzeniach z życia lokalnego Kościoła. Diecezję opolską wyróżnia wielokulturowość i wieloetniczność. Na Opolszczyźnie żyją Polacy, Ślązacy polskiego i niemieckiego pochodzenia, Kresowianie, Romowie, Mniejszość Niemiecka, Ukraińcy i Morawianie. Zatem specyficzną naszą misją jest podkreślanie otwartej tożsamości, o co apelują opolscy biskupi. Możemy wszyscy żyć w zgodzie tylko poprzez wzajemne zaakceptowanie swojej odrębności. Do 1989 roku tylko Kościół był siłą integrującą to zróżnicowane społeczeństwo i pozwalającą kultywować własną tożsamość. W latach 90. XX wieku tę funkcję przejęły także media.
Ważną rolą jest przygotowanie gruntu do ewangelizacji, poprzez rzetelną informację. Moim zdaniem, ewangelizacja, czyli przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela, odbywa się na innym poziomie niż czytanie gazety. Lektura Gościa pomaga ugruntować wiedzę religijną, poruszyć ducha, utwierdzić w wierze, gdyż nasi czytelnicy są najczęściej osobami wierzącymi i praktykującymi. Szczególną misją jest także służba Kościołowi poprzez opisywanie tego, jak żyją parafie, sanktuaria, instytucje kościelne czy poszczególne działy duszpasterstwa. Dlaczego służba? Bo jako dziennikarze oddajemy się tej pracy przez siedem dni w tygodniu, nie liczymy godzin, pracujemy często wieczorami i nocami, a także nie szczędzimy zdrowia i sił.

O czym nie pisze się w Gościu Niedzielnym?

– Właściwie to pisze się o prawie wszystkim. Jeśli chodzi o skandale, takie jak oskarżenia o pedofilię, to poprzestajemy na poinformowaniu o samym fakcie, ale nie drążymy tematu. Czasem już sam komunikat wzbudza wiele emocji, a bywa, że i sprzeciwy. Jednak, jeśli pominęlibyśmy milczeniem jakiś skandal, to kompromitujemy siebie jako gazetę, bo ludzie mają prawo do informacji i rzucamy cień na wiarygodność Kościoła. Piszemy jednak tylko o potwierdzonych wydarzeniach, nie zajmujemy się plotkami.

Jest Pan Redaktor w stanie wyobrazić sobie sytuację, że pracuje w katolickim tygodniku i jest niewierzący lub niepraktykujący?

– Chyba nie. Byłoby to w każdym razie bardzo trudne i kompletnie cyniczne. Zostałem ukształtowany przez Ruch Światło-Życie, w którym się wychowałem, ale myślę, że największy rys na mojej duszy wyryło Taizé i brat Roger. Stamtąd zaczerpnąłem, że chrześcijanin powinien iść drogą ośmiu ewangelicznych błogosławieństw. Ewangelizacja to promieniowanie świadectwem życia w duchu Ewangelii. Akcje ewangelizacyjne też z pewnością są potrzebne, ale bez radykalnego życia błogosławieństwami, skazane są na porażkę. Staram się patrzeć na wydarzenia, które opisuję przez pryzmat błogosławieństw i stawać po stronie ubogich, biednych, pogardzanych. Dlatego z taką wielką radością jeżdżę do wspólnoty „Barka” k. Strzelec Opolskich, gdzie ks. Józef Krawiec żyje z byłymi więźniami, bezdomnymi i samotnymi matkami. Dlatego też ostatnio szeroko relacjonowaliśmy w Gościu opolskim wydarzenia z Dobrzenia i okolic, gdzie ludzie protestowali przeciwko powiększeniu Opola. Kierowaliśmy się przekonaniem, że to jest słabsza strona w tym sporze. Oczywiście przedstawialiśmy racje obu stron i nie negowaliśmy racji rozwojowych czy ekonomicznych, ale pozwalaliśmy dojść do głosu osobom, których władza nie chciała słuchać. Priorytetem jest dla mnie bycie blisko ludzi, którzy przeżywają jakieś nieszczęście. W 1997 roku, kiedy wielka powódź dotknęła chyba najbardziej diecezję opolską, przez prawie osiem miesięcy prowadziliśmy jako redakcja akcję pomocy poszkodowanym. Co tydzień opisywaliśmy kilka rodzin lub osób starszych, schorowanych, a czytelnicy zgłaszali się i pośredniczyliśmy w niesieniu wsparcia.

Czy zdarzyło się Panu świadczyć o Chrystusie wykonując obowiązki służbowe?

– Wprawdzie bez jakieś intencji przyciągnięcia do Chrystusa i Kościoła, ale zdarzyło mi się świadczyć wśród wyznawców islamu, gdy byłem w delegacji jako reporter Gościa Niedzielnego w Kurdystanie tureckim. Mówiłem o swojej wierze, modliłem się do „naszego” Boga, a oni do „swojego”. Nie wiem, czy ktoś się wtedy nawrócił, to raczej wątpliwe. Natomiast inne wydarzenie wspominam z uśmiechem. Kiedyś po spotkaniu autorskim na temat mojej książki, jeden ze znanych opolskich poetów młodszego pokolenia miał powiedzieć, że „jakby tego faceta jeszcze dwie godziny posłuchał, to by się nawrócił”.

Jak zmienia dziennikarza praca w katolickim tygodniku?

– Byłem kilkakrotnie wysyłany w reporterskie podróże, m.in. do Irlandii, Turcji i Turkmenistanu. Miałem okazję poznać m.in. nuncjusza apostolskiego w Turcji, paliłem z nim mocne papierosy, bo on jest namiętnym palaczem i zjadłem wspaniałą kolację na bulwarze przy Placu Taksim. Dzięki temu uzyskałem wywiad z patriarchą Konstantynopola. Miałem też okazję spotkać i rozmawiać z kard. Walterem Kasperem czy kard. Kurtem Kochem. To oczywiście napawa dziennikarza dumą.
Jak zmieniła mnie ta praca? Stałem się bardziej nerwowy ze względu na nieustanną presję czasu. Stałem się pracoholikiem. Dawniej bardzo chciałem pracować, a teraz już muszę, bo bez pracy nie umiem wytrzymać. A z pozytywnych zmian, to mam nadzieję, że jestem bliżej królestwa niebieskiego. Z pewnością mniej oceniam ludzi, ale to może związane jest także z wiekiem. Myślę, że praca w Gościu Niedzielnym ośmieliła mnie. Wizyta w Irlandii Płn. i Belfaście, gdzie miałem różne przygody, czy w Turkmenistanie, gdzie miałem problemy z tamtejszą bezpieką, spowodowały, że nasi lokalni opryszkowie nie robią na mnie już tak wielkiego wrażenia. Muszą się jeszcze wiele nauczyć…
Trudno mi ocenić, czy bardziej ufam Bogu, bo chciałbym oddać Mu wszystkie zmartwienia i kłopoty w pracy, troskę o rodzinę, dzieci, zdrowie żony, ale nie wiem, czy to potrafię. Jako wychowanek dobrego liceum o profilu matematyczno-fizycznym w Kędzierzynie-Koźlu mogę stwierdzić, że nadzwyczajnych wydarzeń o nadprzyrodzonym charakterze jak np. błyskawicy i towarzyszącemu jej głosowi z nieba nie doświadczyłem. Jednak niewątpliwie cudem jest, że przez wszystkie lata nigdy nie zabrakło nam tematów do tekstów. Nawet w bardzo krytycznych sytuacjach nagle wchodził ktoś albo dzwonił telefon, albo po drodze coś się gdzieś widziało i dobry temat się znajdował. Gdy przydarzało się to w szerszym gronie, to jednoznacznie odbieraliśmy to jako interwencję Bożej Opatrzności. Kiedy jestem sam, to odbieram to raczej jako przypadek, bo nie mam obiektywnego weryfikatora. Niekiedy czuję jednak, że moją pracą kieruje jakaś Siła Wyższa. Nieraz jadę na materiał, jestem bardzo zmęczony, marzę o powrocie do domu i kawie, a tu zastana sytuacja absolutnie mnie porywa, wręcz dodaje fizycznych sił, a potem wracam i piszę z radością. Wiele takich momentów było w czasie Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku. Pracowaliśmy po kilkanaście godzin na dobę, z taką energią i pomysłami, że myślę sobie, że to był jakiś ewenement. W takich chwilach czuję wdzięczność wobec Boga.

Które artykuły wspomina Pan Redaktor ze szczególną nostalgią?

– W grudniu 2012 roku napisałem tekst, przyłączając się do prośby pochodzącej z diecezji opolskiej s. Brygidy Maniurki FMM, o wsparcie kuchni żywiącej osiem tysięcy mieszkańców, działającej przy klasztorze sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi w Aleppo. Odpowiedź na ten apel przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Wtedy jeszcze temat uchodźców nie był zbyt popularny, ale Syria była już w stanie wojny. Przekazaliśmy ponad 20 tys. zł na pomoc tym ludziom. Zobaczyłem siłę medium, w którym pracuję i perspektywę pomocy, jakiej mogę udzielić za jego pośrednictwem.
Z sentymentem wspominam też pogrzeb brata Rogera, na który pojechałem z córką romanistką. Napisałem potem dość osobisty artykuł, bo Taizé jest dla mnie ważne. Akurat zmagałem się z dwoma wielkimi pytaniami. Mój ojciec był ciężko chory, a ja nie byłem pewny co do swojej diagnozy lekarskiej. Czułem wtedy, że oddaję Bogu całą przyszłość. Najcudowniejszą zapłatą za ten tekst były łzy mojego taty.
Lubię też moje reportaże z Turkmenistanu, gdzie jest najmniejsza wspólnota chrześcijańska na świecie, licząca około stu katolików i pięćdziesięciu katechumenów. Szefem tej misji jest mój przyjaciel – o. Andrzej Madej OMI.
A moja pierwsza miłość reporterska to oczywiście Irlandia. W latach 2000-2006 Kościół katolicki w tym kraju popadał w poważne kłopoty i był dla mnie odniesieniem, co może czekać nas w Polsce. Irlandia to cudowny kraj i ludzie, specyficzne poczucie humoru, które mi bardzo odpowiada.

Jak zmieniło się Pana spojrzenie na Kościół w Polsce po tamtych dziennikarskich podróżach?

– Spotkania z chrześcijanami w tych krajach spowodowały, że nie daję się łatwo nabierać na to, że Kościół w Polsce jest szykanowany i ciemiężony. Patrzę na lokalny Kościół z perspektywy Kościoła w Irlandii, który zmaga się z wielkimi problemami na skutek grzechu duchownych. Wspominam nieraz małą katolicką wspólnotą w muzułmańskim Turkmenistanie, bez jakichkolwiek praw, niemogącą wybudować własnej kaplicy czy postawić krzyża, a pomimo tego, głęboko i szczerze wierzącą. Kurdystan turecki pokazał mi, że najwspanialsza cywilizacja chrześcijańska, kwitnąca dziełami sztuki, architektury, malarstwa, ikonopisarstwa i wielkiej poezji chrześcijańskiej może zostać w przeciągu niewielu lat dosłownie prawie starta z ziemi. Zostały po niej tylko ruiny kościołów i resztki fresków. Dotykałem ścian ruin kościołów ormiańskich i ciał chrześcijan turkmeńskich, zniszczonych przez system sowiecki, poniżanych, z tragicznymi sytuacjami rodzinnymi, ale gorąco się modlących i trochę im zazdrościłem takiej wiary, ale zdawałem sobie jednocześnie sprawę, że mamy inne historie. Jestem wdzięczny za te spotkania, dzięki nim odczuwam solidarność z prześladowanymi chrześcijanami.

Co jest najważniejsze w Pana dziennikarstwie?

– Żeby moja praca miała sens, muszę pamiętać, że jest jeden Bóg nad nami wszystkimi i to On rządzi. Jeśli o tym zapomnę, to już jest po mnie. Brzmi to może trochę kaznodziejsko, ale jeśli straciłbym wiarę, to stałbym się absolutnym cynikiem pracującym tylko dla pieniędzy. Żeby moja praca miała sens, muszę uważnie słuchać i lubić ludzi. Z tym zastrzeżeniem, że nie zawsze pisze się o osobach, które się bardzo lubi. Ale umiejętność słuchania każdego bez wyjątku jest niezbędna. Jeśli darzy się kogoś sympatią, to taki materiał z reguły jest lepszy. Oczywiście istnieje ryzyko zbyt słodkiego tekstu, zwłaszcza, gdy nie ma możliwości nabrania dystansu czasowego do tematu, ale emocja musi być w tekście, choć ważny jest sposób jej przekazania.

Rozmawiała Hanna Honisz

* * *

Red. Andrzej Kerner urodził się w 1961 roku. Od 22 lat jest redaktorem i reporterem Gościa Niedzielnego w Opolu. Od 2009 roku pełni funkcję szefa opolskiego oddziału Gościa Niedzielnego. Autor kilku książek; ostatnia z nich to „Bóg urodził się na Wschodzie” (2016). Publikował także m.in. w czasopismach Więź, W Drodze, Pastores, Śląsk. Mieszka w Kędzierzynie-Koźlu. Laureat opolskiej nagrody Pelegryn za umiłowanie sprawiedliwości. Zwycięzca w konkursie na reportaż podróżniczy Onetu. Szczęśliwy mąż Jolanty i dumny ojciec Marty i Jana.



Pliki cookie pomagają nam udostępniać nasze usługi. Korzystając z serwisu, zgadzasz się na użycie plików cookie.